Relacja Skandia Maraton Kraków

W tegorocznej Skandii wziąłem udział w ramach Mistrzostw Polski Energetyków nie zapominając jednak, skąd wyniosłem zamiłowanie do rowerowych zawodów MTB ;-).

Właśnie to MTB jakoś nie wszystkim w odniesieniu do Krakowa pasuje, bo na starcie tłumów nie było. Trasa lekka, łatwa i przyjemna bez technicznych odcinków, niestety trochę asfaltów i sporo szutrów, gdzie jak zwykle pompowania było co niemiara. Start z 6 sektora spowodował, że tym razem nie utknąłem na pierwszym podjeździe w Lasku Wolskim. Pamiętam jak kilka lat temu wprowadzałem tam rower, a teraz sam dziwiłem się innym pchającym pod górkę. Od początku jechałem w małej grupie, w której zwrócił moją uwagę zawodnik z kucykiem na klasycznym „makrokeszu”. Nie żebym się czepiał, ale rower wyglądał na jakieś 20 kg wagi plus drugie tyle zaschniętego błota pewnie pamiętającego zimę. Mimo tego koleś często zmieniał się ze mną miejscami w peletonie, co po kilkunastu km zaczęło mnie wyraźnie irytować. Frustrację pogłębiał fakt, że jechał w tenisówkach za 20 zeta, takich z 3 paskami po boku, oczywiście brudnych jak cały rower (widać przynajmniej, że ostro trenuje).

Około 40 km usłyszałem dziwne brzęczenie – niestety zaczęła się odkręcać manetka od przedniej przerzutki a że jest montowana na tzw. i-spec do hamulca zacząłem się zastanawiać czy odpadnie sama czy z razem klamką. Oczywiście nie miałem ani kluczy ani opasek zaciskowych (maniacy lekkości nie wożą takich przedmiotów), „kucyk w tenisówkach” z pewnością posiadał cały warsztat w sakwie, tyle że jak zacząłem przytrzymywać ręką brzęczącą manetkę, to mi najzwyczajniej uciekł. Pewnie przez to minąłem też bufet więc pozostała jazda na sucho. Około 47 km manetka przy redukcji odpadła dyndając wesoło na lince i zostawiając mnie na najniższej zębatce z przodu. „Trudno” pomyślałem, skupię się na wysokiej kadencji i pomieliłem wściekle dalej. Opłaciło się bo na 50 km dopadłem „kucyka”, którego najwyraźniej odcięło (pewnie też odpuścił bufet uciekając przede mną), dziwne że na płaskim bo ostatnie kilometry to już szutry, asfalt i trawa na finiszu na Błoniach. Wpadłem na metę z czasem 2h59min. co w porównaniu z ubiegłym rokiem jest wynikiem lepszym o kwadrans. Gdybym nie manetka, pewnie byłoby pudło ;-)jarek-skandia-czeslaw-lang

Ostatecznie miejsce 39 w kategorii M4 całej Skandii i 9 wśród „starszych” energetyków na MEDIO. Na deser pozostała sweetfocia z Czesławem Langiem, który chętnie pozował i cierpliwie udzielał wywiadów.

Naskrobał Jarek

Na stronach *.ghostbikers.pl używamy plików cookies w celach statystycznych oraz lepszej użyteczności wyświetlanych stron. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia. Możesz samodzielnie nimi zarządzać, zmieniając ustawienia przeglądarki.